J. K. Rowling- "Harry Potter i Insygnia Śmierci"

Na początku zdradzę wam, że nie wychowałam się na tej serii. Jakoś tak ominęło mnie całe to wielkie szaleństwo. Mój młodszy brat przeczytał całą serię. Ja zawsze jakoś tak myślałam "E, to nie dla mnie. E, nie lubię czarów i w ogóle fantastyki, wolę książki obyczajowe i romanse, które dzieją się w prawdziwym świecie."

Było tam mniej więcej do wakacji pomiędzy drugą i trzecią liceum, gdy w końcu postanowiłam się "przełamać". Nudziłam się, szukałam jakiegoś filmu, który mogłabym obejrzeć w leniwe, wakacyjne popołudnie. Mój wybór padł na film "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". Dlaczego? Cóż, stwierdziłam, że w sumie nigdy tego nie oglądałam, więc może mam jakieś kulturowe zaległości i może warto byłoby nadrobić tę serię. Obejrzałam cztery pierwsze filmy hurtem. Potem udało mi się wypożyczyć z biblioteki całą serię, ale przeczytałam wtedy właśnie pierwsze cztery tomy, bo potem skończyły mi się wakacje i stwierdziłam, że nie będę miała czasu czytać dalej Chyba wszyscy wiemy jak gruby jest piąty tom, nie? Podejrzewam, że jakby tak w kogoś nim rzucić, to można by osobę, w którą celowaliśmy, nieźle ogłuszyć :).

Potem cały czas gdzieś się tak plątałam po tym fandomie, raz bardziej, raz mniej. Czytałam opowiadania, przeglądałam fora internetowe, filmiki na youtube, ulubione fragmenty filmów. Bo filmy, przynajmniej we fragmentach, znam wszystkie.

W końcu nadszedł czas na przeczytanie siódmej części. Jakoś za piątą i szóstą, które jeszcze mi gdzieś tam wiszą na liście "do przeczytania przed końcem tej dekady", nie potrafię się zabrać. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest, bo obie książki mają w sobie fragmenty, które chciałabym poznać właśnie w wersji pisanej (bitwa w Departamencie Tajemnic i bitwa na Wieży Astronomicznej), ale jednocześnie...od części "Harry Potter i Zakon Feniksa" odpycha mnie postać Dolores Umbridge, to na pewno. Ale co odpycha mnie od szóstki? Nie mam pojęcia.

Ostatnia część sagi o młodym czarodzieju różni się od poprzednich i to powiedziałabym dosyć znacząco. Nie mamy tam Hogwartu, nie biegamy na kolejne lekcje, nie dostajemy szlabanów od profesora Snape'a i nie tracimy u niego punktów. Harry, Ron i Hermiona szukają horkruksów po całej Wielkiej Brytanii, przenoszą się z miejsca na miejsce, uciekają przed szmalcownikami i ogólnie starają się jakoś przeżyć w świecie, w którym siły zła panoszą się coraz bardziej.

A nie jest im łatwo. Szczególnie od chwili, gdy zamiast w, bądź co bądź, bezpiecznym, suchym i ciepłym domu na Grimmauld Place, muszą się ukrywać gdzieś po lasach i wrzosowiskach. Mokną, marzną i praktycznie przymierają głodem. Po zdobyciu jednego z horkruksów (medalionu) zaczynają się też kłócić, bo horkruksy mają to do siebie, że jeżeli nosimy je gdzieś bardzo blisko siebie (jak medalion, który nosi się na szyi), to mogą one nas opętać.

Ale przecież wy to wszystko na pewno doskonale wiecie, prawda? Na tysiąc procent już dawno przeczytaliście tę serię. Chyba tylko ja mam taki opóźniony zapłon.

Wiecie co najbardziej wkurzało mnie w tej książce? Wątek miłosny Harry-Ginny. Może i oni rzeczywiście do siebie pasowali, ale za każdym razem, gdy czytałam rozmyślania Pottera, jaka to siostra jego przyjaciela jest piękna i cudowna, to miałam ochotę parsknąć śmiechem.

Bo to wyglądało mniej więcej tak: Harry przez powiedzmy dwie strony myśli o horkruksach, o tym gdzie one mogą być, w czym Lord Voldemort w ogóle mógł zamknąć kawałek swojej duszy i jak to ewentualne coś zniszczyć, bo zniszczenie horkruksa to wcale nie jest taka prosta sprawa, a tu nagle po dwóch stronach takich rozmyślań do kuchni wchodzi Ginny i nasz główny bohater kompletnie zapomina nad czym główkował jeszcze minutę temu, bo MUSI zacząć rozmyślać nad tym jaka jego była dziewczyna jest wspaniała i cudowna. To tak wybijało z rytmu czytania. No błagam. Litości.

Dużo bardziej lubię wątek miłosny Rona i Hermiony. Ale najbardziej podobały mi się relacje pomiędzy bohaterami drugoplanowymi: Remus i Nim...przepraszam, Tonks (albo Dora), czy Arthur i Molly Weasley. Teraz obsesyjnie wręcz wyszukuję fanfiction o tej drugiej parze :).

Ja wiem, że ta seria to nie romans, a wręcz cieszę się, że jest to klasyczna fantastyczna przygodówka, ale...jakoś tak bardzo miło mi się czytało fragmenty z Nory (Arthur i jego reakcja na matkę Fleur), albo o tej wielkiej euforii Remusa, który właśnie został tatą. Były to takie promyczki słońca w tej, dosyć jednak mrocznej, historii.

Ach, żałuję, że w ósmym filmie pojedynek pomiędzy profesor McGonagall i Severusem nie został ukazany dokładnie tak jak w książce (te latające noże).

O, bardzo też podobały mi się fragmenty, w których Harry dowiadywał się jak bardzo ten magiczny świat go wspiera. Wiecie, te wszystkie "Harry, jesteśmy z tobą!", "Trzymaj się Potter!".

Uważam, że tą serię warto jest znać. Mamy tu walkę dobra ze złem, przyjaźń, miłość, poświęcenie, czyli wszystko to co najlepsze.

5,5/6 (Pół punktu odjęłam za kilka zupełnie niepotrzebnych zgonów.)

Komentarze