Kiera Cass- "Elita"

Czyli o książce, która wyraźnie cierpi na "Syndrom Tomu Drugiego", znany również jako STD :).

Tak, nie zawsze to właśnie drugi tom jest najsłabszy. Czasami jest to tom trzeci, innym razem piąty. Generalnie w serii złożonej z większej ilości książek zawsze trafi się jakaś jedna, na którą autor wybitnie nie ma pomysłu. I niestety właśnie tak jest z "Elitą".

Mamy tutaj do czynienia z dalszym ciągiem Eliminacji. Tylko, że teraz miałam wrażenie, że nagle WSZYSCY bohaterowie zgłupieli i to tak konkretnie. Poniżej zamieszczę króciutką rozpiskę tego kto co zawinił.

Aspen- dalej po kryjomu umawia się na schadzki z Americą, zostawia jej liściki w słoiku i ogólnie to chyba ma gdzieś, że gdyby gdzieś przypadkiem przyuważyła ich na przykład taka Celeste, oboje odpowiedzieliby przed sądem za zdradę stanu. Dodatkowo nieszczególnie liczy się z uczuciami Ami. Zwłaszcza w pewnej sytuacji, ale nie będę wam spojlerować.

America- bardzo lubiłam ją w pierwszej części. Naprawdę. Ale panna Singer w "Elicie" prawie zupełnie straciła swój charakter. Jej największym, zmartwieniem jest to, że nie wie, którego chłopaka powinna wybrać. Bo kocha i Aspena i Maxona. I miota się tak od jednego do drugiego. Tutaj wymyka się na potajemne schadzki ze swoim byłym chłopakiem, tam jest zazdrosna o Maxona, który zaczyna poświęcać więcej czasu pozostałym kandydatkom, bo zbliża się moment, w którym będzie on musiał podjąć ostateczną decyzję. A America nie robi nic innego tylko w kółko powtarza, że potrzebuje jeszcze trochę więcej czasu. Naprawdę, powtarza to za każdym razem, gdy tylko nasz królewicz próbuje ją delikatnie skłonić do konkretniejszych deklaracji. I dodatkowo nie potrafi na niego nawrzeszczeć, gdy sytuacja tego wymaga. A był taki moment, gdy zdecydowanie powinna to zrobić.

Maxon jest tłamszony przez ojca, który się nad nim znęca. Sytuacja jest patowa, bo jego ojciec jest obecnie panującym władcą i zapewne, gdyby tylko zechciał, mógłby chłopaka nawet skazać na śmierć. Bo w sumie kto mu zabroni?

Marlee nie kocha Maxona. Kocha jednego z pałacowych strażników (Cartera) i zostaje przyłapana na spotkaniu z nim. Za to uczucie oboje zostają skazani na chłostę i zdegradowani do pozycji "ósemek".

Ja naprawdę przez ponad pół książki miałam ochotę rzucać nią w ścianę. Bohaterowie podejmowali tak głupawe decyzje i robili tak durnowate rzeczy, że wręcz nie miałam ochoty otwierać tej książki, ani nawet brać jej do ręki.

Dopiero za połową wszystko zaczyna się wyjaśniać. Dowiadujemy się na przykład, że wcale nie był tak obojętny i starał się pomóc Marlee i jej nowemu mężowi (ona i Carter wzięli ślub), ale musiał to robić w absolutnej tajemnicy.

Ale zanim dojdziemy do momentu, gdy wszystko się wyjaśnia musimy najpierw przebrnąć (czasami to wręcz dosłownie) przez całą resztę, przez wszystkie te głupie i przedziwne akcje: sceny zazdrości, ciągłe proszenie o więcej czasu, nieostrożność zakochanych. Dopiero potem będziemy mogli się cieszyć bohaterami, których znamy z "Rywalek: charakternymi, wyrazistymi (bardziej niż wcześniej).

Główna bohaterka pod koniec pokazuje pazurki. Podczas występu w telewizji wysuwa dosyć śmiałą propozycję zniesienia podziałów klasowych. Król słysząc to zaczyna toczyć pianę z ust. Prawie. Ale bardzo niewiele mu do tego brakuje.

Po drodze, gdy już tak się przedzieramy przez te bezsensowne działania kolejnych bohaterów, docierają też do nas wieści o działaniach rebeliantów, którzy najwyraźniej czegoś w pałacu szukają. Wykradają z niego książki. Dowiadujemy się też o porwaniu i zabójstwie siostry jednej z konkurentek. Ogólnie w kraju zaczyna się robić coraz bardziej gorąco. I jest to ciekawe, a ja zazwyczaj nie przepadam za wątkami politycznymi w tak lekkiej literaturze.

Uważam, że mimo wszystko tę książkę też warto przeczytać. Chociażby dlatego, że jest to drugi tom serii :). Ale przede wszystkim dla wątku "politycznego".

4/6

Komentarze