Top 5 najgorszych książkowych par

Czytam głównie romanse. Takie książki lubię, takie mnie odprężają. Wiadomo, że po takich książkach człowiek nie spodziewa się wielkich zwrotów akcji. Od początku wszystko jest jasne i klarowne. Od pierwszej strony wiadomo kto z kim będzie w finale. Ale moim zdaniem romanse czyta się dla tych wszystkich stron pomiędzy wstępem i finałem.

Czasami zdarza się jednak, że sięgam po coś co nie jest takim stuprocentowym romansem, ale po prostu zawiera w sobie wątki romansowe. Jedne są całkiem sensowne, inne mniej, a inne są stworzone tak na siłę, że czytanie o nich autentycznie boli. I właśnie dzisiaj pogadamy sobie o takich nieudanych (oczywiście tylko moim zdaniem) literackich związkach. Kolejność absolutnie przypadkowa.

1. Staś Tarkowski i Nel Rawlison

Zaczniemy od książki skierowanej raczej do nieco młodszego czytelnika. Tę historię zna chyba każdy. Zresztą "W pustyni i w puszczy" kiedyś było lekturą w podstawówce. Bardzo możliwe, że nadal jest, więc raczej każdy wie o czym ta książka jest.

Skąd ona się wzięła na tej liście? Jakieś pół roku temu robiłam sobie powtórkę Sienkiewicza. Przeczytałam "Quo vadis" i całą Trylogię. A jeżeli chodzi o "W pustyni i w puszczy" to przesłuchałam sobie samą końcówkę. 

Ja ogólnie bardzo często mam tak, że czytam coś albo oglądam wyłącznie fragmentarycznie. Po prostu mam swoje ulubione sceny i nie chce mi się oglądać dwugodzinnego filmu, albo czytać (mówimy oczywiście o ponownym czytaniu u oglądaniu) książki, która ma trzysta stron, wyłącznie po to, aby dotrzeć do jednej, krótkiej sceny.

Zawsze tę dwójkę widziałam jako...coś w rodzaju rodzeństwa. Nie byli ze sobą w żaden sposób spokrewnieni, ale ich relacja przypominała mi właśnie relację starszy brat-mała siostrzyczka. Wiem, że potem nie widzieli się przez dekadę, ale...jakoś mi to zgrzyta.

2. Jan Skrzetuski i Helena Kurcewiczówna

Czyli znów Sienkiewicz. Cóż, on po prostu nie do końca umiał tworzyć postaci kobiece. Wyszła mu chyba tylko Baśka Wołodyjowska. Musicie wiedzieć, że jak "Ogniem i mieczem" jest moją ulubioną częścią z całej Trylogii, tak główna para...nie lubię ich.

Tylko ja nie lubię tej dwójki tak ogólnie. Nie tylko jako pary, ale i jako bohaterów. Są tak idealni i cudowni, że momentami od tego cukru wręcz zaczynało mi się robić nieprzyjemnie.

Ona jest taka piękna, pobożna i dobra. Tylko, że prawie nie ma jej w książce. Niemal jej nie znamy, więc jest nam zupełnie obojętne czy zginie, czy przeżyje, czy będzie ze Skrzetuskim, czy może z Bohunem.

Wszystko skupia się na Skrzetuskim. Skrzetuskim, który jest przedstawiony jako przystojny mężczyzna, świetny żołnierz, doskonały przyjaciel, idealny patriota i katolik. Ten człowiek nie ma absolutnie żadnych wad i to jest irytujące. Bardzo irytujące. Tysiąc razy bardziej wolę Wołodyjowskiego, albo nawet Zagłobę, który momentami mnie irytował, ale przynajmniej był JAKIŚ.

3. Harry Potter i Ginny Weasley

To nie jest tak, że ja tej pary jakoś straszliwie nie lubię. Lubię każdą parę w tej serii. Ja tylko nie lubię tego jak ich wątek został ukazany w siódmej części. Najpierw Ginny praktycznie w serii nie ma, przez sześć książek tylko co jakiś czas gdzieś tam się błąka w tle (w sumie pierwsza część się nawet nie liczy, bo Ginny pojawia się w jednej scenie), aż tu nagle Harry zauważa, że młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela jest kobietą. I wszystko było by cudownie, gdyby nie to, że wstawki o "potworze w piersiach" i o tym jaka to panna Weasley jest piękna pojawiają się w momentach, gdy takie coś kompletnie nie pasuje. Czytamy sobie o tym, jak to Harry, Ron i Hermiona przygotowują się do poszukiwania horkruksów, coraz bardziej wciągamy się w akcję, aż tu ni z tego ni z owego Potter widzi Ginny i cały się rozpływa nad jej urodą. Mnie to straszliwie wybijało z rytmu, do pewnego momentu bawiło, ale potem zaczęło irytować. Może, gdyby przedstawić ich miłość inaczej, to czytanie o tym byłoby znacznie przyjemniejsze.

Sama Ginny jest, moim zdaniem, nie do końca dobrze skonstruowana postacią. Najpierw jest nieśmiałą szarą myszką, która nie jest w stanie się odezwać, gdy obok niej jest Harry, aż nagle zmienia się w najbardziej rozchwytywaną dziewczynę w szkole i ugania się za nią pół Hogwartu. Zdecydowanie zbyt szybko nastąpiła ta zmiana i była zdecydowanie za duża.

4. Bella Swan i Edward Cullen

Tak, czytałam serię "Zmierzch". Raz. I chyba nawet nie w całości. Ale czytałam.

Bella jest tak koszmarnie nudna i nijaka, że ręce opadają. Ma też całą masę kompleksów, które najprawdopodobniej wynikają z powietrza, bo jednak, jakby nie patrzeć, ugania się za nią dwóch przystojnych chłopaków. Prawdopodobnie ma też jakie problemy z psychiką, bo jednak, AŻ TAKA silna i długotrwała rozpacz po zerwaniu z chłopakiem nie jest do końca normalna. Właśnie, rozpacz. Tego nawet nie można nazwać smutkiem. Bella, zamiast sobie kilka dni popłakać w poduszkę, pozbierać się i stwierdzić, że takie rzeczy po prostu się zdarzają, popada w ciężką depresję. I tkwi w takim kompletnym odrętwieniu przez jakieś parę miesięcy.

Edward jest jakimś Adonisem. Tylko, że dosyć dziwacznie rozumie pojęcie miłości. On włamuje się do pokoju swojej dziewczyny przez okno i obserwuje ją podczas snu. To też nie jest normalne zachowanie i bardziej wygląda na obsesję, a nie na zdrowe zakochanie.

5. Anastasia Steel i Christian Grey

Przeczytałam dwa tomy. Drugi jest chyba ciut lepszy od pierwszego. Aczkolwiek oba są bardzo słabe.

Ana jest mniej więcej w moim wieku, może ciut starsza. Ale wcale nie było tego widać, bo panna Steel jest chyba bardziej infantylna niż...powiedzmy, że niektóre gimnazjalistki (nie obrażając gimnazjalistek, nie uważam, że absolutnie wszystkie co do jednej są infantylne). Ta wewnętrzna bogini i podświadomość. O matko kochana. Dodatkowo ona też, tak jak i Bella ze "Zmierzchu" uważa się za osobę zupełnie zwyczajną, nijaką i nudną, co jest bardzo irytujące.

Christian, tak jak i Edward, jest przedstawiony jako prawdziwe bóstwo. Nie dość, że jest mężczyzną szalenie przystojnym i seksownym, to jeszcze jest milionerem. I nagle ten Cud spotyka taką zwykłą, zupełnie przeciętną dziewczynę i proponuje jej taki, a nie inny układ.

Kwestia podejścia do relacji tego typu też jest, według mnie, dosyć dyskusyjna. Dlaczego autorka przedstawiła to w taki sposób, że czyjeś mocno nietypowe preferencje erotyczne koniecznie muszą wynikać z tego, że w dzieciństwie było się ofiarą przemocy domowej? Dlaczego nie może tego typu rzeczy lubić...tak po prostu?

To by było na tyle w kwestii książkowych par, których miłość dla mnie jest zupełnie źle przedstawiona, z różnych powodów. A wy jakie macie typy?

Komentarze