Recenzja filmu "Fantastyczne zwierzęta. Zbrodnie Grindelwalda"

Jak już wiecie, bardzo lubię serię J. K. Rowling "Harry Potter". Nie ma więc nic dziwnego w tym, że postanowiłam się wybrać na drugą część "Fantastycznych zwierząt". W końcu akcja toczy się w tym samym uniwersum, co "Harry Potter".

Filmu "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" nigdy nie widziałam od początku do końca. Ja mam jakoś tak, że rzadko oglądam filmy od pierwszej do ostatniej minuty, jeżeli oglądam je w domu. Najczęściej jest tak, że najpierw oglądam zakończenie, czytam jakieś bardziej szczegółowe streszczenia i potem wyszukuję konkretne sceny.

Kontynuację widziałam w kinie dziewiętnastego listopada. Recenzję piszę dopiero po tygodniu, bo...na śmierć zapomniałam, że od początku chciałam to zrobić i przypomniałam sobie o tym dopiero teraz. Tak, skleroza nie boli, nie?

Ogólnie...nie uważam, że to jest najgorszy film jaki widziałam w całym swoim życiu. Naprawdę nie jest to, aż taka wielka tragedia. To jest film, w którym występują pewne błędy związane z tym uniwersum, ale jeżeli ktoś w nim nie siedzi, aż tak głęboko, to najprawdopodobniej tego nie wyłapie, więc tutaj czepiać się jakoś mocno nie będę.

To czego będę się czepiać to to, że ta kontynuacja pod pewnymi względami trochę zawodzi, a pod innymi jest...powiedzmy, że naprawdę mocno kontrowersyjna.

Mamy tutaj małżeństwo zawarte pod wpływem zaklęcia Imperius. Pewien mężczyzna zakochał się w przepięknej, zamężnej kobiecie, więc postanowił rzucić na nią właśnie to zaklęcie. Kobieta odeszła od swojego pierwszego męża (miała z nim syna), związała się z tym mężczyzną, który ją zaczarował i urodziła mu dziecko. Zaraz potem zmarła.

Dodatkowo możemy się tu natknąć na parę, która się bardzo kocha, ale z pewnych powodów nie może być razem. Jedno z nich chce zaryzykować mimo wszystko, więc również rzuca klątwę (aczkolwiek nie Imperiusa, a raczej coś innego) na to drugie. Aczkolwiek tutaj nie jestem pewna czy mieliśmy do czynienia z zaklęciem, czy może raczej z eliksirem miłosnym. Chyba nie było to do końca sprecyzowane.

Poza tym mamy tu postać (epizodyczną wprawdzie, ale jest) pewnej pół-skrzatki i pół-kobiety. To w ogóle jest...jedno wielkie i kategoryczne nie.

Bohaterowie, których poznaliśmy w pierwszym filmie, zostali odsunięci na drugi plan. W przypadku niektórych jest to wręcz plan trzeci, co mocno mnie boli.

Newt to...Newt. Dalej zajmuje się swoimi zwierzaczkami i jest słodki. On już w pierwszym filmie wmieszał się w całą tę aferę z Grindelwaldem zupełnie niechcący. To nie jest człowiek, który ma zapędy pod tytułem "Tak! Chcę być zbawcą magicznego świata!". To jest chłopak, który ma swoją pasję, swoje własne życie i swój własny cel. On chce tylko nauczyć czarodziei, że magiczne stworzenia wcale nie są, aż tak strasznie niebezpieczne. Do Paryża jedzie głównie dlatego, że Tina tam jest. No i jeszcze dlatego, że może ewentualnie udałoby mu się odnaleźć Credence'a.

Wątek Credence'a staje się coraz istotniejszy. I coraz bardziej zagmatwany. Zakończenie było dziwne, ale mam nadzieję, że w kolejnej części wszystko się jakoś sensownie wyjaśni.

Nagini pojawia się dosyć rzadko, ale mam nadzieję, że trochę rozbudują jej historię w dalszych częściach. Na razie wiemy o niej tylko kilka rzeczy.

Leta...to nie jest tak, że ta bohaterka jest zła, czy niepotrzebna. Tylko, że historia jej życia została na siłę pokomplikowana. A niejakiego Yosufa to ja bym najchętniej z tego filmu wyrzuciła. Jakoś...uważam, że jego był w tym filmie nie tyle całkowicie niepotrzebny, co raczej trochę niepotrzebnie skomplikowany na siłę.

Tina pojawia się w tym filmie na jakieś cztery sceny. Ja naprawdę nie mam pojęcia jak Rowling chce ją połączyć z Newtem, jeżeli oni dostają raptem dwie krótkie wspólne sceny na cały film, a jedna z tych scen wygląda w ten sposób, że ona na niego krzyczy. W drugiej niby coś tam sobie wyjaśniają, a on nawet mówi jej komplement (swoją drogą przesłodki), ale wątku miłosnego nie buduje się na dwóch scenach.

Grindelwald jest bardzo charyzmatycznym człowiekiem. Nie dziwię się, że pociągnął za sobą tyle osób, łącznie z Queenie. Depp w tej roli jest nawet niezły. Tylko ta nieszczęsna charakteryzacja.

Dumbledore znów nie może. Tutaj nic się nie zmieniło i raczej już nie zmieni.

W sumie film mi się spodobał. Spodobał mi się pod względem fabularnym. Nie do końca spodobały mi się psychologiczne konstrukcje kilku postaci, ale nie ukrywam, że czekam na kolejne części i bardzo chętnie wybiorę się na nie do kina.

3,5/6

Komentarze