Elizabeth Barnes- "Letnie wspomnienia"

John i Serena od niedawna są małżeństwem. Na skutek pewnych niedomówień oboje są święcie przekonani, że to drugie wstąpiło w związek tylko dla obopólnych korzyści (ona uchroniłaby swego ojca przed bankructwem, on miałby łatwiejszy dostęp do wyższych sfer miasta). Oboje bardzo się męczą w tej sytuacji, ale to Serena częściej podejmuje próby jakiegokolwiek naprostowania tej relacji. Tylko, że są to próby nieudane, bo jej mąż nie jest w stanie uwierzyć w jej wyznania miłości, ciągle uważa, że ona gra i próbuje mu się jakoś przypodobać.

Wszystko się zmienia, gdy do miasta przyjeżdża młodsza, przyrodnia siostra Sereny. Para w końcu jest zmuszona dzielić ze sobą sypialnię, bo do tej pory John sypiał tam sam, a Serena zajmowała pokój gościnny. Teraz małżeństwo odkrywa, że nawet jeżeli nie łączy ich prawdziwa miłość, to jest między nimi ogromne przyciąganie.

Serena długo stara się nie ulegać pożądaniu. Opędza się od męża i próbuje unikać jakiegokolwiek kontaktu z nim, bo kiedy tylko John podejdzie zbyt blisko niej, cała jej samokontrola wali się niczym domek z kart. Ale w pewnym momencie ulega i para spędza ze sobą noc. Bardzo namiętną i cudowną noc.

I pewnie od tej pory wszystko byłoby cudownie, gdyby nie jeden drobny szczegół. Główna bohaterka, już po miłosnych uniesieniach, wyznaje mężowi miłość. Niestety on jej nie wierzy i wyśmiewa ją.

Zresztą to nie jest pierwszy raz, gdy John brutalnie wyśmiewa słowa swojej żony. Jak już wcześniej pisałam, Serena jest znacznie bardziej skłonna ratować ten związek niż on. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie przez narrację, która jest trzecioosobowa, ale skupia się wyłącznie na przemyśleniach kobiety. To z jej perspektywy widzimy wszystko co dzieje się w książce, więc skoro ona uważa swojego męża za nieczułego bydlaka, my również go jako nieczułego bydlaka widzimy.

Zakończenie książki było bardzo dziwne.

Albo inaczej: wiadomo, że prędzej czy później to się wydarzy, ale jak już się wydarzyło, to okazuje się, że zbyt nagle i niespodziewanie. Jakby nic do tego nie prowadziło. W jednej chwili John wciąż jest wobec Sereny oschły i taki...ironicznie, chłodno grzeczny, a w drugiej wyznaje jej, że kocha ją do szaleństwa. Serio? Pomiędzy jedną i drugą rozmową pary mija może z piętnaście minut. Co takiego wydarzyło się w tym czasie, że nagle on uwierzył w jej zapewnienia o miłości? Jeszcze jakby John powiedział "Rozmawiałem z twoim ojcem i on mi to wszystko dokładnie wyjaśnił." (wszystkie problemy tej pary zaczęły się właśnie od tego, że ojciec Sereny nie wyjaśnił Johnowi przed ślubem całej tej sytuacji od początku do końca, a jedynie nakreślił mu mglisty zarys) to może miałoby to większy sens, ale tak?

Chyba, że tłumacz coś powycinał, bo wiem, że takie rzeczy też się zdarzały, albo nawet i w dalszym ciągu czasami zdarzają.

Książka w sumie podobała mi się. Wszystkie pozytywne wrażenia psuje jednak to nieszczęsne zakończenie. Coś tu ewidentnie nie do końca wyszło. A szkoda, bo wszyscy bohaterowie byli na swój sposób sympatyczni. Może John zachowywał się przez większość książki jak totalny tłuk, ale w końcu jakoś tam się ogarnął i koniec końców też wypada w miarę pozytywnie.

3/6

Komentarze